piątek, 8 sierpnia 2014

Rozdział XI (Ostatni)

Sylwester wyglądał jak każda inna impreza tego typu. Alkohol lał się strumieniami, a muzyka zagłuszała wszystko. Karina pierwszy raz miała okazję zobaczyć zapitych w trupa Resoviaków. Stwierdziła, że widok ten będzie ją zawsze bawił.
Kiedy wszyscy zostali, albo odwiezieni przez trzeźwe żony lub taksówki do domów, bądź położeni do pokoi gościnnych Karina sama położyła się obok Paula i wtuliła się w niego. Ten tylko mocniej ją przytulił i pocałował delikatnie. Może i był pijany i śmierdział wódką, ale nadal wydawał jej się doskonały, aż nierealny.
*
Poranek dla Amerykanina był wyjątkowo bolesny. Głowa była jak z ołowiu, a mięśnie bolały go jak po ośmiogodzinnym treningu. Wstał z łóżka starając się nie obudzić Kariny. Zszedł do kuchni po butelkę wody. Oprócz wszechogarniającego bałaganu zastał tam Krzyśka. Zastanawiał się jak się zachować. Ich relacje, od kiedy zamieszkała z nim Karina zdecydowanie pogorszyły się.
- Siema – odezwał się libero, co zbiło z tropu Amerykanina, ale odpowiedział. – Niezła impreza, co?
- Nie zaprzeczę – rozluźnił się trochę i wyjął z lodówki mleko. Kiedy upijał trochę usłyszał dźwięk telefonu Ignaczakówny. Mimo podejrzliwego wzroku jej brata odebrał. – Cześć tato – zdziwił się jeszcze bardziej słysząc po drugiej stronie swego ojca. – Nie, jeszcze śpi – spojrzał na zegarek, na którym wybiła dziesiąta. – Przekaże – zakończył rozmowę i odłożył telefon na lodówkę.
- Paul? – zagaił Igaczak.
- Hym? – zapytał popijając mleka z kartonika.
- Mam nadzieję, że traktujesz moją siostrę poważnie, bo jeśli nie to nie zazdroszczę ci bycia tobą – uniósł kąciki usta na sekundę i wyszedł zostawiając przyjmującego z pewnym dylematem. Czy traktuję Karinę poważnie?
***
Dni się dłużyły, a Karina czuła się coraz gorzej. Paul zauważył, że dzieje się z nią coś niedobrego. Nie chciała jeść, miała mdłości i cierpiała na bezsenność. Niestety, kiedy starał się wyciągnąć coś z niej ona stanowczo zaprzeczała wszystkim jego podejrzeniom.
Podczas jednej z kolacji zaproponowała spędzenie Świąt Wielkiejnocy u jego rodziców. Był bardzo zdziwiony. Nie miał zamiaru jej nawet tego proponować. Nie chciał być nachalny. Stwierdził, że Boże Narodzenie spędzone w Lakewood musiało być dla niej niełatwe, więc Wielkanoc planował spędzić z nią w Rzeszowie.
- Jesteś pewna? Nie wolałabyś zostać tu, z Krzyśkiem chociażby? – zapytał bez żadnych głębszych intencji.
- Mam rozumieć, że nie chcesz żebym ponownie odwiedziła twoich rodziców? Sugerujesz, że spędzanie Świąt z twoją rodziną jest zbyt wybiegającym krokiem w przyszłość? – spojrzała na niego z wyrzutem i z łzami w oczach wprowadzając go w zdezorientowanie.
- Przepraszam, nie o to mi… – nie zdążył już niestety dokończyć, gdyż ta wybiegła z kuchni.
Pobiegł za nią. Jak się okazało wylądowała w łazience. Klęczała na zimnych kafelkach i płakała, a on nie wiedział, co zrobić. Próbował ją objąć, ale ona zdecydowanie starała się mu to utrudnić.
- Proszę cię nie płacz. Nie o to mi chodziło. Nie chciałem na ciebie naciskać, dlatego nie wyszedłem z inicjatywą wyjazdu do moich rodziców – ujął jej twarz w dłonie i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. – Przepraszam – pocałował ją jeszcze raz, lecz tym razem namiętnie. Jego dłonie powędrowały pod koszulkę Kariny i wtedy oprzytomniała. Odepchnęła go od siebie i znowu uciekła. Tym razem do sypialni.
Kiedy wszedł do pokoju leżała głową do poduszki i szlochała. Położył się obok niej i przepraszał. Gładził ją po plecach próbując uspokoić, ale ona jeszcze głośniej płakała. Był bezsilny. Nie mógł nic zrobić.
***
Karina powoli zaczynała popadać w depresję. W niczym nie widziała sensu. Wszystkiego miała dość. Kiedy płakała w samotności mniej bolało, ale kiedy Paul próbował ją pocieszać sprawiał jej dodatkowy ból. Coraz częściej zdawała sobie sprawę z tego, że jemu również zadaje ból. Nie potrafiła sobie sama poradzić z tym, co na nią spadło.
Podczas jednego z bezsensownych dni postanowiła zadzwonić do swojego brata. W końcu ich relacje polepszyły się. Tak przynajmniej jej się zdawało. Zadzwoniła i powiedziała jak wygląda sytuacja, że nie wie, co zrobić. Powiedział jedynie, że jeśli się wpakowała w kłopoty to musi sobie teraz sama poradzić. Rzuciła telefonem o ścianę.
Do salonu wszedł akurat Paul. Kiedy zobaczył, że jego ukochana znowu płacze usiadł obok niej i starał uspokoić.
- Proszę cię nie płacz. Zrobię wszystko żebyś nie płakała – ujął jej twarz w dłonie jak to zwyczaj miał robić i złożył delikatny pocałunek. – Jesteś dla mnie ważna, wiesz o tym Słońce? Jesteś takim moim słoneczkiem, ale zaczynasz powoli tracić blask, a ja nie mogę na to pozwolić – przytulił ją, a ona zanim zaczęła rzewnie płakać wtuliła się w niego jak małe dziecko. - Proszę, nie płacz – odezwał się, ale wiedział, że to nic nie da. Był równie bezsilny, co ona.
***
Stali na lotnisku czekając na swój lot. Karina rozglądała się niepewnie i mocno zaciskała dłoń Paula. Czuła się źle. Nie chodziło o to, że była załamana czy bezsilna. Bolało ją wszystko. Miała ochotę zwrócić dzisiejsze śniadanie, które wepchnął siłą w nią Lotman. Spojrzała na niego. Nie zdawała sobie sprawy, że on przejmuje się jeszcze bardziej jej zdrowiem. Uśmiechnęła się lekko do niego wywołując u niego wielkiego banana na twarzy. Już dawno nie wykonała takiego gestu. Nawet pocałowała go delikatnie. Cieszyła się, bo przecież wszystko miało się wyjaśnić.
*
Powitania w domu Lotmanów jak zawsze były wielkie. Jako, że w Święta Wielkanocne w Lakewood spędzić miały tylko dwie siostry Paula zamieszanie nie było tak duże jak podczas ostatniej wizyty. Przyjmujący zauważył, że na ustach Kariny zagościł wreszcie uśmiech, a zgłasza wtedy, gdy wzięła na ręce małą córeczką jego siostry. Powędrował wzrokiem za nimi do salonu, a sam wszedł do kuchni.
- I jak tam synku? – zaczął senior Lotman i usiadł naprzeciw syna, który odetchnął i schował twarz w dłoniach. – Aż tak źle?
- Tata ja już sam nie wiem - zawiesił głos. – Nie wiem, czemu Karina tak się zachowuje. Płacze całymi dniami. Za każdym razem, kiedy wracam z treningu boję się, że w korytarzu zastanę jej walizki i ją mówiącą, że to koniec – jęknął i spojrzał na ojca jakby oczekując odpowiedzi, lecz ten nie odezwał się. – Ale za chwilę stwierdza, że chce lecieć na Święta do Lakewood powodując jeszcze większy mętlik w mojej głowie. Tato?
- Oj synek – westchnął i powędrował wzrokiem na tablicę korkową zawieszoną na ścianie w kuchni, na której widniały zdjęcia całego jego potomstwo wraz ze swoimi połówkami. Także Paula i Kariny. – Wiesz, że my nie mamy z mamą absolutnie nic przeciwko Karinie a wręcz przeciwnie, więc może podejmij dalszej kroki. Rozumiesz? – zapytał, ale sądząc po wyrazie twarzy syna nie zrozumiał. – Kochasz ją?
- Tato ja nie wiem… Teraz jak ona się tak zachowuję to nie wiem, czy ona mnie kocha, a przecież miłość musi być odwzajemniona. Coraz częściej zaczynam wątpić.
- A może ona tak się zachowuję, bo cię kocha – powiedział i wstał od stołu. – Myślę, że wszystko niedługo się wyjaśni – poklepał syna po plecach. – Uwierz mi – uśmiechnął się i wyszedł tworzą jeszcze większy mętlik w głowie Paula. Teraz to już niczego nie był pewien.
*
Cały wyjazd do Ameryki z grubsza wydawać się mógł udany jednak plany Kariny nie zostały wcielone w życie. Starała się zachowywać naturalnie, ale nie udawało jej się to w pełni. Widziała zmartwioną minę Paula za każdym razem, kiedy rozmawiali. Doceniała też to, że się o nią martwił, ale nadal nie przełamała swojego strachu.
Kiedy podczas ostatniego wieczoru u Lotmanów udała się do kuchni po szklankę mleka zastała w pomieszczeniu Paula z nietęgą miną i jego ojca. Senior spojrzał na nią wymownie, a Junior uśmiechnął się niemrawo.  
- Karina musi z tobą porozmawiać – powiedział Piotr i wyszedł z kuchni posyłając pokrzepiające spojrzenie Ignaczakównie.
Między tą dwójką zapadła bardzo nieprzyjemna cisza. Dziewczyna usiadła naprzeciwko przyjmującego. Kiedy położyła dłonie na stół on automatycznie je złapał.
- Proszę powiedz, co się dzieję. Ja już nie mogę patrzeć na twoje łzy – odparł łamiącym się głosem.
- Paul ja tak wszystko zepsułam, ja nie wiem ja to się stało – spojrzała na niego spode łba. – Tak bardzo cię przepraszam.
- Ale za co? – spojrzał na nią błagalnie.
- Za to, że będziesz ojcem – wychrypiała, a łzy zaczęły ciec po jej policzkach.
- Karinka – odezwał się po chwili Paul. – Chodź tu do mnie – uśmiechnął się i posadził ją sobie na kolanach. – Czemu płaczesz? Przecież to wspaniale, że zostaniemy rodzicami. Kocham cię i nie wyobrażam sobie założyć rodziny z inną kobietą – wyjaśnił i pocałował ją w usta.
- Naprawdę? – zapytała na co on kiwnął głową. Ona natomiast zaczęła jeszcze rzewniej płakać.
- Ale czemu znowu płaczesz, Karina?
- Bo ty jesteś taki dobry, a ja myślałam, że będziesz zły, że mnie zostawisz – te słowa bez dwóch zdań ubodły mężczyznę. – Nie zasługuję na ciebie.
- Nie masz prawa tak myśleć rozumiesz? – spojrzał jej w oczy. - Teraz będzie już tylko lepiej. Kocham cię – pocałował ją namiętnie, a ona od paru tygodni pierwszy raz odwzajemniła pocałunek. Naprawdę była pewna, że będzie już tylko lepiej.  

Czy było tylko lepiej? Owszem było tylko lepiej.